| PODSUMOWANIE Crocodile Trophy |
| czwartek, 20 listopada 2008 01:24 | |
|
Walka z piachem – tak można podsumować wieloetapowy wyścig Crocodile Trophy w Australii. Tam spoci się każdy. Prędzej czy później zabraknie wody w bidonie. Pośladki będą tak boleć, że nie będzie można usiąść. A skronie będą pulsować przy palącym Słońcu. Mimo to – warto walczyć. Bowiem, Crocodile Trophy to walka z własnymi słabościami, szansa na przeżycie czegoś nowego wśród wariatów i napaleńców kolarskich, którym nie straszny gorąc i skwar.
I ETAP – Mareeba – Irvinbank 86 km/1100 m Dzień rozpoczął sie od porannego marudzenia, "czemu tak wcześnie, głupi wyścig, znowu jeść ten makaron ,etc.". Najedzony, ubrany, gotowy do wyjazdu, spakowany w Van JJ's Backpackers wyruszyliśmy na zbiórkę do Meteor Car&Truck Rentals. Na miejscu spotkałem Pittera i Mikkel'a z Danii, z którymi później wiele godzin przegadałem. Na zbiórce był juz Schaubauer, chyba największy pechowiec wyścigu(bardzo silny, bardzo szybki, na etapach zajmował nawet 2 miejsce, ale podobnie jak mi nie było mu pisane szczęście). Na parkingu stało juz wiele jeepów i ciężarówek czekających na załadunek, byli juz Czesi, z swoimi 5 jeepami, byl Moozes, byl D'store. Wypas rowery. Jednak tłum dopiero nadciągał - ok godziny 0830 podstawione zostały 3 autokary i cala reszta zawodników na rowerach dojechała na zbiórkę. W wielkim konwoju na 40-50 pojazdów tuz przed 9 rano wyruszyliśmy do Mareeby. Cale półtorej godziny spałem przytulając sie do swojego Camelbaka. Gdy dojechaliśmy do Mareeby, nie było widać ze jakiś wyścig ma sie tu odbyć, parking był pusty, brak flag i banerow. Organizatorzy GERHARD i REGINA w ciągu 30 min rozbili miasteczko, namioty, nagłośnienie, poczęstunek. 1 Etap, to pierwsze i ostatnie momenty gdy kolarze robili rozgrzewki, każdy każdemu chciał cos udowodnić przed startem, albo postraszyć. Na mojej rozgrzewce, zostałem zaatakowany przez ptaka, nie znam jego nazwy ale był biało czarny - pełno tu takich. Ptak prawdopodobnie broniąc swoich gniazd lotem pikowym przywalił mi prosto w kask, później chciał to powtórzyć ale juz 2 raz nie trafił. Start odbył sie punktualnie, najpierw jechaliśmy przez miasto za wozem policyjnym, później jakieś 2 km za miastem policja zjechała na bok, Regina i Gerhard wyjechali na prowadzenie, i zaczęło sie! Od razu peleton mocno przyśpieszył, by zgubić kogo sie da, załapałem sie do pierwszej grupy uciekinierów w której w większości jechali Czesi(pozniej sie okazalo zwycięzcy CT), trzymałem sie z nimi przez jakiś czas ale na 3 lub 4 podjeździe nie wytrzymałem tempa. Wiał wiatr z przodu nie dałem rady ich dogonić, wiec zostałem i czekałem aż dojedzie następna grupa. Po 3 minutach dojechali, i bardzo powolnym tempem kontynuowaliśmy jazdę dalej. Po 1 bufecie gdy skrecilismy i zaczelismy kierowac sie w strone gor, gdy zaczely sie pierwsze podjazdy, zorientowalem sie ze jestem duzo przed grupa, wlasciwie to jej już nie widzialem, i nawet nie zwalnialem by na nia poczekac. Jechalem przez nastepne 20 km samotnie, od czasu do czasu wyprzedzajac „odpadki”. Czasami to ja bylem takim „odpadkiem”. Po 2 bufecie, ktory obslugiwala jedynie Regina(Depot volounteers , nie znalezli drogi), ktos dosłownie odcial mi prad, być moze spowodowane to bylo temperatura, moze zbyt szybkim tempem, albo moze innym czynnikiem. W kazdym badz razie teraz ja bylem odpadkiem przez nastepne 20 km az do samej mety. Do mety dojechalem razem z Karen, Christophem (jej mezem) i jeszcze z kims (na ramie BMC, finiszowalem z nim i wygralem). Na mecie bylem zmeczony, glodny i potwornie niezadowolony, z wyniku. Pojechalem po swoje rzeczy, rozbilem namiot, wykapalem się. Potem zwiedzilem Irvinebank, czyli pojechalem 1 km w jedna strone i 1 km w druga strone. Gdy poszedlem sprawdzic wyniki nie bylo tak zle, bylem na 31 pozycjii. Pomiedzy tym kiedy wjechalem na mete a obiadem bylo ponad 4h (!). To jest naprawde bardzo duzo zwarzywszy an to ze przedemna jeszcze 9 etapow...Organizm nie jest w stanie przyswoic wiecej niz 100gr wegloodanow na raz, a co to jest 100gr weglowodanow na kolacje gdy podczas wyscigu spalamy srednio 700gr a przy dlugich etapach nawet ponad 1kg! To byla tylko zapowiedz tego jak duzo zrzuce wagi na tym wyscigu. O 18, byl juz wyblagany obiad, niedobry!!! jakas pomidorowa masa z makaronem, blee. Ale nie ma co wybrzydzac, zjesc trzeba! Po obiedzie dekoracja zawodnikow, bazgranie w notatniku i pora spac. Rano pobodka o 6 i czas na kolejny etap. II ETAP – Irvinebank – Koombooloomba 128 km/1400 m Dzień drugiego etapu wyścigu rozpoczął się pięknie! Śpiewy ptaków jakich w Polsce nigdy nie słyszałem, cudowna rosa na namiocie i kwiatach rozbłyskiwała jak gwiazdy na niebie, i nagle gwizd trąbki o 6 rano w mgnieniu oka postawił wszystkich na nogi. Wychyliłem głowę z namiotu, piękne ostre słońce świeciło, bezchmurne niebo a drzewa wiecznie zielone. Tak cudownie wprawiony w nastrój etapu drugiego z nożem, widelcem i lyżką na śniadanie szybkim krokiem podążałem…Pierwsze śniadanvie na tym wyścigu to musli, chleb tostowy z dżemem i nutella oraz kanapki z szynka i serem żółtym by mieć energię na dłużej, no i herbata z cytryną w ilości ponad 1/2 litra. Jak się po tym śniadaniu czułem? Fatalnie! W glowie się mieszalo, czułem brak energii, a było to na dwie godziny przed startem. Złożyłem namiot, pochowałem rzeczy, przebrałem się, rower przesmarowałem, sprawdziłem czy wszystko działa, odniosłem bagaże i jeszcze przez ponad godzinę skręcałem się z nudów. Na 30 min przed startem rozpocząłem rozgrzewkę z Benedyktem z Bike a Wish. Była to jedna z ostatnich rozgrzewek na CT… O 9 był start, a pierwsze kilometry (ok. 15) pokrywały się z ostatnimi kilometrami 1 etapu, więc na początek mieliśmy zaserwowane bardzo kurzowe, kamieniste i nasadzone korugacjami (= droga pokryta „tarką”, gdzie rower i pośladki dostają lanie na całe życie). Po niespełna paru minutach, w ustach, w zębach w moim aparaciku ortodontycznym wyczuwałem wszechobecny czerwony pył. Łańcuch już skrzypiał jakby nigdy nie był smarowany, wszystko co białe miało już odcień pomarańczy, a czarna..rama już nie błyszczała czernią a pokryła się rdzawym kolorem. Kiedy tylko zaczął się pierwszy podjazd, krotki co prawda, zaczął się atak, grupa rozciągnęła się jak sprężynka, i powoli rozrywała się na coraz to mniejsze kawałeczki. Wspominając błąd wcześniejszego dnia, nawet się nie odważyłem za nimi gonić. Znalazłem się w grupie z dwoma Czechami Ladislavem i Irim (Jerzy), Karen Steurss i jej mężem Christophem oraz przyjacielem Gillem, Joanna Benett, Petrem z Pragi, Stevenem Boury. Koło mnie było też wiele innych osób z którymi później jeździłem na każdym etapie. Do 30 a może nawet 40 kulometru jeździliśmy po żwirku z korugacjami, a gdy wjechaliśmy na asfalt wszyscy odetchnęli ulga. Pogoda była idealna, temperatura tylko 30 stopni, lekki wiaterek no i myśl o tym ze etap ma tylko 124 km, 1400 m przewyższenia i to w większości po asfalcie wprawiała nas w bardzo wesoły nastrój, który następnym razem widziałem dopiero na etapie 10. Droga szła cały czas w górę i w dol, z licznymi zakrętami (chyba jedna z najbardziej zakręconych drog w AU), podjazdy były strome , a zjazdy długie i łagodne , co sprawiało ze na podjazdach prędkość grupy w zależności o długości podjazdu wahala się miedzy 15 a 25 a nawet czasem 30km/h. Na zjazdach prędkość nie spadała poniżej 40km/h. Wtedy pomyślałem, jaką prędkość musza mieć osoby które jada w pierwszej grupie… Na drugim etapie w końcu wszyscy zaczęli współpracować, kolarze dawali długie zmiany, było widać pewna organizacje w grupie…w końcu! To był także pierwszy etap gdzie robiłem zdjęcia, wszyscy byli zdziwieni ze wyciągam aparat i robię zdjęcia jak gdybym znajdował się na niedzielnej przejażdżce. Mowię o niedzielnej przejażdżce bo według wskazań mojego pulsometru to tak wlaśnie było, tętno średnie z całego etapu to 146. Starałem się pokazywać w każdym miejscu,gdzie robiono zdjęcia, w nadziei, że na jakimś zdjęciu uchwycą jak jadę. Na bufetach, mając doświadczenie z Polskich maratonów wyjeżdżałem naprzód żeby wyprzedzić o jakieś 100 m grupę, co gwarantowało mi ze dostanę na bufecie to o co proszę spokojnie i bez problemu – i tak tez było! Między 40 a 100 km jechaliśmy po asfalcie i czasami żwirze. Były to bardzo przyjemne kilometry, w większości jechałem w pierwszej lub 2 linii grupy. Ja, Ladislav i może jeszcze 2-3 osoby prowadziliśmy grupę przez 60 km. Zaprzyjaźniłem się z Ladislavem, Czechem jadącym na S-works Epic karbonowym, w czerwonym kasku i czerwonych okularach (po tym go rozpoznawałem w grupie). Był doświadczony, widać było ze miał cos kiedyś wspólnego z kolarstwem, rozmawiałem z nim na temat ich teamu. Od niego dowiedziałem się że Lubos (który tego dnia przywitał mnie rano ni stąd ni zowąd wesołym „co jest K#8$3wa?”) był profesjonalnym kolarzem szosowym, Horak, Truschka, Rybarik no i Fojtik to profesjonalni i półprofesjonalni kolarze MTB których sukcesy to np. Mistrz Europy w 24h MTB, Zwycięzca na dystansie 209 km na Salzkammergut, wielokrotni mistrzowie Czech w MTB, wysoko plasowani w UCI zawodnicy. Co ja myślałem dzień wcześniej jak chciałem z nimi jechać? Sprawdzałem listę startową na dzień przed wylotem, robiliśmy research w Googlach by wyszukać coś o innych zawodnikach Krokodyla, ale chyba nazwiska Czechów musieliśmy ominąć. Ladislav na 3 bufecie dal mi Coca-Cole. Przy okazji muszę wspomnieć, że Czesi mieli niezły patent na podawanie picia i jedzenia na bufetach. Kolarze wszystko zapakowane w siatkach przechwytywali podczas jazdy. Worek taki zawodnik zawiesza sobie na szyi i wyciąga sobie powoli co potrzebuje a gdy już wszystko wybierze z siatki wyrzuca ją na drogę. Wszystkie odpady tego typu team jadący samochodem zbiera za nimi. Na 25-30 km przed metą wjechaliśmy w las deszczowy, gdzie czekała nas seria podjazdów i zjazdów w tym gęstym i wilgotnym lesie. Był to jeden z najpiękniejszych fragmentów tego CT. Minęliśmy tabliczkę 20 km i wiedziałem ze w tym tempie na mecie będziemy nie później jak za 35min, zjadłem ostatniego żela, a gdy wyciskałem ostatnie krople zaczęło się… Pewien Austriak (największy pechowiec CT, który zniszczył koło 2 razy, łapał non stop kapcie, zajmował 2,5 miejsca w etapach) zaczął podkręcać tempo, puls skoczył mi ponad 170, pierwsze osoby zaczęły odpadać z grupy na podjazdach, gdzieś na wysokości tabliczki „10km finisz” było nas kolo 15., ale to nie był koniec… Dopiero teraz zaczęło się tempo, każdy chciał cos pokazać, a ja już umierałem, tętno nie spadało poniżej 180, a na niektórych podjazdach skakało do 190-200 uderzeń na minutę, miałem wrażenie ze za chwile odpadnę, na 5km przed meta było na 6, tempo trochę się uspokoiło, ale tylko na chwile (taka cisza przed burza), gdy mieliśmy ok. 2-3km do mety tempo było już bardzo wysokie, gdy 1km został do mety, trzymałem się z tyłu i czekałem na finisz. Po jakiś 40 sekundach od tabliczki 1 km gdy kończył się lekki zjazd, zauważyłem ze za mostkiem zaczyna się podjazd, pomyślałem teraz albo nigdy, nie mogłem zaatakować na podjeździe bo nie jestem lekki i nie mam przyspieszenia dobrego, wiec zacząłem na końcu zjazdu gdzie byłem w stanie szybko nabrać prędkości. Reszta zawodników jeszcze nie myślała o finiszu. Ruszyłem, nie oglądałem się za siebie, byłem tylko ja i podjazd. Z przełożenia 44/14 wystrzeliłem, 2/3 podjazdu łyknąłem bardzo szybko, bez problemu ale gdy na końcu nawierzchnia zmieniła się na bardzo luźny żwir i zrobiło się trochę stromiej, kadencja spadla poniżej 70 obrotów, kolo się ślizgało, wydawało mi się ze to już koniec – znowu się wygłupiłem… Dojechałem do końca, skręciłem na ostatnie 100 metrów po polanie, obróciłem się, a za mną nikogo nie było, ucieszony co sil w nogach pogoniłem ostatnie 100m z uśmiechem na twarzy, uradowany zapomniałem już o zmęczeniu, i spokojnie na siedząco, przekroczyłem mete z przewaga 10 sekund. Później podjechał do mnie Ladislav i mowi „ Zmęczony jesteś? Ne masz siły? Mocny jesteś! Pięknie to wygrałeś!” Gratulacje złożył mi jeszcze Schaubauer, Christoph Steurss. To male zwycięstwo bardzo mnie podniosło na duchu, po wczorajszym etapie. Jechałem z 2 grupa i jadąc w niej byłem w stanie spełnić swoje marzenie odnośnie miejsca w generalce w CT. Byłem pierwszy z 2 grupy, a do zwycięzcy 2 etapu więcej niż 40 min nie traciłem, do 10 miejsca więcej niż 15 min nie traciłem. Dało mi to domyślenia, wiedziałem ze dam rade bez usterek doskonale skończyć ten wyścig. Z takim cudownym nastawieniem, skierowałem się do „wodopoju”, wypiłem 2 bidony wody, najadłem się arbuzem i kilkoma bananami, wypiłem regeneracyjnego Enervit R2, dzięki któremu regeneracja organizmu nabierała tempa i który oddalał uczucie głodu. Rozłożyłem namiot, zabralem recznik i z Karolem De Winter , poszliśmy pluskać się w Koomboolomba Lake. Było to cudowne orzeźwienie, krystalicznie czysta woda, tak jak w Polskich górach, jednak tutaj temp była powyżej 20 st C. Później poszliśmy po rowery które zaczęliśmy czyścic. Potem było mnóstwo czasu do leniuchowania, wzięliśmy łóżka polowe i w cieniu pod drzewami leżeliśmy i przysypialiśmy, rozmawialiśmy o wyścigu oraz o filmie Borat ;). Niestety nie wiedzieć czemu nadali mi ksywkę Borat…dlaczego? nie wiem, nie znalem tego filmu dobrze, nie byłem podobny, nie mówiłem jak borat ani nawet tak się nie zachowywałem, ale Boratem zostałem. Może i nawet dobrze bo dzięki temu naprawdę dobrze rozmawiało się z Belgami, i byłem rozpoznawalny jak Polak z aparatem i jako Borat przez wszystkich uczestników. Dzień zakończył się ogniskiem o 9 wieczór. III ETAP - Koombooloomba – Gunnawarra 122 km/2235 Długi etap z Koomboolomba Dam do Gunnawara Farm. Organizatorzy mówią o nim ,że to on ustawia wyścig, decyduje w dużym stopniu kto zwycięży CT. Długi na 122km z suma przewyższeń 2250 – tak było oficjalnie, nieoficjalnie dystans wydłużył się o 5km a podjazdów było o 100m więcej. Dla mnie przed CT jak widziałem profile tras, wydawało się śmieszne ,że na takim dystansie tylko 2300m podjazdów, w Polsce na maratonach tyle samo jest na 80-90km…dlatego tez nie przejmowałem się tym zbytnio, do czasu pierwszego podjazdu. NA mniej więcej 8 km, skręciliśmy o prawie 180topnie i wjeżdżając w drogę ciągnącą się pod liniami elektrycznymi przez 35km, ujrzeliśmy próbkę tego co nas czeka. Podjazd długości 500m i przewyższeniu 110m, po czerwonej żwirkowatej nawierzchni. Wielu zawodników ścigało się, ale nie Ja. To pierwszy raz kiedy mogę odczuć jak rewelacyjnie trzymają opony Ritchey WCS Intuition, niebo! Na szczycie podjazdu czekał Tim Bennet z Merida Flight Center, by pomóc swojej żonie Joann’ie Bennet również z Meridy, która na chwilę obecna była liderka CT klasyfikacji kobiet. Po tym podjeździe mieliśmy chwile wytchnienia, droga wciąż szlag ora i dół jednak już nie pod takim nachyleniem. Grupka na podjazdach rozciągała się jak sprężynka i za każdym razem skracała się o 1, 2 lub nawet 3 zawodników. Najmniej więcej 25km spostrzegłem ze jadę na przedzie grupy z przewaga ponad 100m, pomyślałem ,że jeśli trasa cały czas będzie tak szła to jazda w grupie nie ma sensu, nie myśląc więcej zwiększyłem nieco obroty i dalej jechałem swoim tempem. Dobra decyzja zaowocowała spokojna jazda na okropnych zjazdach gdzie prawdopodobnie jadąc w grupie, wywróciłbym się i uszkodziłbym rower lub siebie. Około 30km był 1 Depot i znowu samotna Regina podawała bidony. Było to na ok. 90min po starcie, i w miej więcej 100minucie jazdy dojechaliśmy do słynnego zjazdu… Co w nim było strasznego? „Bardzo nierówna, kamienista sekcja z 2 bardzo stromymi zjazdami” tak głosi cytat z informatora. W rzeczywistości, nic się nie zmieniło:P Zjazdy które tutaj przejechałem z dusza na ramieniu, z sercem już prawie wyskakującym z gardła były najstromszymi jakimi w życiu zjeżdżałem. Wysypane dużymi, luźnymi i ostrymi kamieniami, droga dodatkowo , żeby było weselej miała gałęzie które prawdopodobnie poodpadały z drzew podczas wichury oraz zakręty. Kiedy zacząłem zjeżdżać pierwszy zjazd przede mną widziałem chłopaka siedzącego obok zjazdu i opatrującego się, za sobą słyszałem hamulce kolejnych zawodników i niepokojące krzyki, nie mogłem się ani obrócić- bo pewnie bym się boleśnie wywrócił, ani nawet zatrzymać - było to niemożliwe, bo kto zaczął zjeżdżać zatrzyma się dopiero na końcu albo na drzewie na zjeździe. Na końcu pierwszego zjazdu znajdował się zakręt o 90 stopni i stromo zaczynał się kolejny podjazd. Byłem dumny, że się nie upadłem na pierwszym zjeździe. Na końcu następnego podjazdu, droga załamywała się i rozpoczął się kolejny zjazd podobny do tego wcześniejszego gdzie w zasadzie największą trudnością było to iż w połowie zjazdu droga rozdzielała się, jedna prowadziła w dół- była przedłużeniem wcześniejszej , a druga odbijała pod kątem około 60-70stopni w prawo, i to była nasza droga(kolejne utrudnienie – nie było drogowskazu, lecz mała wstążka którą ciężko było dostrzec). Zjeżdżałem szybko, ale gdy spostrzegłem ,że droga skręca w prawo miałem już za mało miejsca było zmieścić się w skręcie więc próbowałem maksymalnie wytracić prędkość i wyhamować na drzewie przede mną – znowu udało się, lekko puknąłem w drzewo i obróciłem rower i pojechałem dalej. Po tym zjeździe już więcej nie miałem aż takich trudnych zjazdów, za to pojawiły się podjazdy, takie same jak zjazdy. Nie było możliwe podjeżdżanie na rowerze, tutaj okazywało się kto dobrze biega – ja podchodziłem, upał i luźne kamienie skutecznie odbierały mi chęci do biegania. Droga góra i dół , stromo za każdym razem ciągnęła się do 65km, do 2 depotu. Między kilometrem 55-65, przebijaliśmy się przez długie połacie piasku, czułem się jak na plaży, nie było szczęśliwy, bo to co udało mi się wypracować na górkach straciłem w tej piaskowej sekcji. Na Bufecie dostałem bidon, banany i nawet polali mnie wodaJ Odczuwałem na plecach oddech wspaniale jadącej Joann i Tim’a , którzy wyprzedzili mnie tuż za bufetem gdzie łańcuch mi spadł, nie byłem w stanie ich dojść , a wydawało mi się, że cały czas utrzymywałem taki sam dystans. Obróciłem się, w oddali widziałem koszulki kolejnych zawodników, małej 3 osobowej grupy. Gdy dojechali była to Karen i Christom Steurs oraz jakiś kolejny Belg. Belg nie miał sił jechać wiec cały ciężar jazdy był na Christophie który prowadził ich przez cala drogę, poklepałem go po ramieniu i powiedziałem „namęczyłeś się, dobra robota, Merida jest blisko, pomogę wam” I dałem zmianę, zmieniałem się z Christophem przez kolejne 30 min, po których to doszliśmy Meride. Byłem padnięty i momentami wydawało mi się, że odpadnę. Karen i Joanna tak pięknie jechały , że nie mogłem odpaść, musiałem z nimi skończyć. Coś się wydarzyło na 30 km przed metą, nagle zwolniliśmy bez przyczyny, zaczęliśmy rozmawiać, jak wychwalałem Karen i Joanne, Christoph z Tim’em rozmawiali, jedynie Belg dalej sapał, zipał aż w końcu nie wytrzymał i odpadł. Minęliśmy ostatni bufet, W naszej 5 osobowej grupie był spokój, radość – robiliśmy sobie zdjęcia, a raczej Tim i Christoph robiliJ Ja nie nadążałem by zrobić. Ostatnie 50km, przebiegało już po drogach jakie będziemy widywać przez następne 900km wyścigu(jak to brzmi…)Drogi były szerokie, z tzw. tarką, i całe pokryte małymi kamyczkami, a wszystko to w kolorze pomidoraJ. Grupa na ostatnie 10km przyspieszyła, skończyły się rozmowy, podkręciliśmy tempo by dziewczyny się wymęczyły – bo być morze jedna z nich by odpadła i druga wygrała, tak się nie stało, na ostatnie półtora kilometra zwolniliśmy z 35-40km/h do 20. Na chwilę przed tabliczka 1 km do mety, ładnie podziękowaliśmy dziewczynom, i powiedzieliśmy „teraz wasza kolej, niech wygra szybsza”. Karen jest silniejsza, bardziej wytrzymała , bo w Belgi jeździ w reprezentacji narodowej, natomiast Joanna ściga się w XC i Maratonie MTB , dzięki czemu ma cudowna technikę jazdy w terenie. Ostatni kilometr do mety był po piasku. Kto wygrał? Technika czy siła i wytrzymałość? Karen na ostatnie 200m natrafiła na głęboki piach i zakopała się, Joanna wykorzystała to i wygrała o zaledwie 6 sekund. Ja wjechałem razem z Timem i Christophem. Pogratulowałem Joannie i Karen, podziękowałem Christoph’owi i Tim’owi za jazdę i udałem się do cienia i arbuzów. Skończyliśmy z czasem 5h i 30min. Gunnawara Lagoon – to dokładna nazwa naszego miejsca finiszu 3 etapu. Piękna Laguna w środku niegościnnych, suchych i gorących obszarów wczesnego outbacku. Wiadomym było że to tutaj będzie większość zawodników, kąpiąca się, bawiąca jak dzieciJ Dziś obiad był świetny, ryba, makaron i sos carbonara, sałatki i słodki poczęstunek. Po obiedzie, dekoracji zawodników(Czesi dalej prowadzili, dominowali w wyścigu), po dopisaniu kolejnych stron w notatniku, poszedłem spac. IV ETAP - Gunnawaara – Chillagoe 140 km/900 m Po długiej nocy o 5 rano budzik zadzwonił. Pobudka!- w myślach dźwięczało, słońce, śpiew ptaków to codzienność w Australii. Tak samo jak codziennością dla mnie było wpychanie śpiwora do torby, zwijanie karimaty, składanie namiotu, chodzenie na śniadanie i zjadanie wszystko co jeszcze nie uciekło. O godzinie prawie za 20 ósma kiedy to czas do startu się zbliżał, rozgrzewałem się na drodze pierwszych 3km trasy. Już na rozgrzewce wiedziałem że start będzie ciężki, bo piasek, bo wąsko, bo jeszcze raz piasek przez cały pierwszy kilometr. Na 4 etapie byłem już jedna z ostatnich osób rozgrzewających się przed startem, wiec albo byłem głupi i niepotrzebnie traciłem energie, albo odpowiednio przygotowywałem organizm do sprintu który zawsze odbywa się na pierwszych kilometrach. START ! I ruszyli, już na początku ktoś wyciął orła, zablokował resztę kolarzy, przez co przód uciekł a tył nadal czekał. Tym razem na starcie trochę się wycwaniłem, nie jechałem drogą gdzie było mnóstwo piachu i wywracających kolarzy lecz drobną przecinką bez piachu. Ryzykowałem co prawda złapaniem kapcia , oraz dłuższa drogę ale ryzyko się popłaciło. Nie zmęczyłem się zbytnio na 1 km, a i szybko dogoniłem uciekających czechów. Przez pierwsze 40 km jechaliśmy grupa kolo 30-40 osób, wraz z ścisłą czołówką wyścigu. Na bufecie, na 40 kilometrze ci co mieli pomoc od osób trzecich byli wygrani, ja musiałem niemalże bić się o miejsce by dostać się po swój bidon, a następnie jechać w tempie maksymalnym przez ponad 2min by dostać się do grupy. Nie czułem zmęczenia, ani też braku siły jednak po sprincie miałem pewien dyskomfort. Grupa rozdzieliła się, byłem w drugiej grupie, która liczyła koło 15osób. Trzymałem się bez problemu, jechałem z tyłu, rozmawiałem z Ladislavem. W pewnym momencie na szerokim podjeździe zaczął trąbić jeep zza pleców, zjechaliśmy do lewej, zrobiliśmy miejsce jeep na wyprzedził. Jednak nie wyprzedził całej grupy, zatrzymał się mniej więcej w połowie, z powodu zwężenia drogi. Jako że on nie był w stanie wyprzedzić pierwszej grupy to spowodował ze z jednej zrobiły się dwie grupy. Równa gładka droga zmieniła się w nierówną kamienistą górską drogę, jeep to zwalniał to przyśpieszał powodując ze dystans miedzy dwie grupami zwiększał się, dodatkowo jadąc z Ladislavem najbliżej jeep’a najeżdżaliśmy na większość kamieni i dziur, momentami niemalże płakałem słysząc i czując uderzenia kamieni o delikatne części roweru. Kiedy już jeep miał miejsce do wyprzedzenia pierwszej grupy, traciliśmy ponad 100metrow i znów trzeba było finiszować by przetrwać, jechało mi się bardzo ciężko, miałem wrażenie że najzwyczajniej w świecie straciłem siły. Udało się dogonić grupę, przejechaliśmy tak kolo 1 km i bufet się zaczął… Nie cieszyłem się że go wildze, bo wiedziałem że prawdopodobnie nie wytrzymam następnego finiszu. Ale myliłem się dogoniłem grupę, czułem się jeszcze gorzej i na ok. 3-4km za bufetem na jednym z podjazdów po piasku odpadłem. Nie dałem rady. Jechałem samotnie, wciąż z dość wysokim tempem, bo myślałem że jeśli ja odpadłem to ktoś pewnie też odpadnie i razem dojedziemy szybko do mety. Po drodze mijałem różnych zawodników, łatających dętki ale i również naprawiających koła. Jednym z tych co naprawiali koło był Gill z Ride for Stars. Zatrzymałem się, zapytałem co się stało? Okazało się że mąż Karen wywrócił się i scentrował koło, Gill oddał mu swoje a sam postanowił skończyć na zepsutym. Pożyczyłem klucz do centrowania kół i pojechałem powoli już do przodu. Starałem się po drodze dołączać do innych kolejnych grup, jednak nie dawał rady. Na 80km , dojechałem do 3 bufetu, zatrzymałem się, zszedłem z roweru, napełniłem pusty już CamelbaK(MULE), wziąłem bidon, zjadłem banana, pomarańcz. W międzyczasie dojechała 4 osobowa grupa z Gilem. Kiedy mnie zobaczył , od razu jakby nabrał energii. Zabrał tylko bidon, podjechał do mnie i poklepał mnie po ramieniu i powiedział ” Come on!”. Poczułem jakby prąd mnie przeszył i wypełnił energią. Wjechaliśmy na asfalt prowadzący w górę, jechaliśmy 35km/h pod górę!!! Po płaskim 40-45m/h, nie mogłem w to uwierzyć ze Gill tak mocno jedzie, nie byłem w stanie tego wytrzymać, poklepałem Gill’a po ramieniu i kazałem mu jechać dalej. Zwolniłem, nie mogłem wyjść z zdziwienia, że jeszcze półtorej godziny temu Gill’a wyprzedzałem kiedy chciałem, a teraz byle grupka, byle zawodnik jedzie ode mnie szybciej. Grupa za grupą mijała mnie aż do mety, tego dnia już nikogo nie wyprzedziłem, cały czas traciłem pozycje. A od momentu gdy Gill odjechał moje tempo było już spokojne, nie przekraczałem 25km/h bo nie chciałem zmęczyć się zbytnio przed kolejnymi 6 etapami. Dojechałem do bufetu, znów zjadłem banana, pomarańcz i batona. Wydawało się że jedzie mi się lżej, ale znów po chwili powróciła katorga. Zostało 25km do mety, jechałem jeszcze wolniej, tętno nie było wyższe niż 130, robiłem zdjęcia i rozmyślałem(jak bardzo nie lubię tego wyścigu :P ), złapała mnie chwila słabości. Ale już gdy dojechałem do Chillagoe i widziałem metę, poczułem się lepiej. Dalej nie było uśmiechu na mojej twarzy, gdy przekraczałem linie mety, bo co to za wynik gdy przez 3 pierwsze etapy przyjeżdżałem z dobra i bardzo dobra pozycją, a dziś na tragicznej 59 pozycji, na pół godziny przed wymaganym czasem. Położyłem rower przy swoich rzeczach i nie chciałem do niego wrócić przez ponad półtorej godziny. Siedziałem z Mikkelem i Peterem Wechmannem z Danii, smuciłem się że zapewne na tym skończyło się moje ściganie w CT. Pocieszali mnie, opowiadali mi kawały i poprawili mi humor, sprawili że przestałem myśleć o tym etapie. Zacząłem myśleć że to jeszcze tylko 5 etapów ścigania. Po wypiciu Enervit R2, zjedzeniu paru bananów), pomarańczy i kilku kawałków arbuza, popić litrem wody poszedłem rozłożyć namiot i „umeblować” go. Wykąpałem się i gdy już byłem czysty , i nie myślałem o porażce wziąłem rower do czyszczenia i do serwisu. Ale co się stało, coś przykuło mą uwagę, czemu ten rower jest taki ciężki. Podniosłem go, i waga ta sama…Czemu tak ciężko się go pcha. Tylne koło, było całkowicie zablokowane, szurało po ziemi. Chwyciłem za oponę i popchałem mocno, a ona przemieściło się o jakieś 2cm, coś tu nie tak!-pomyślałem. Na całej długości obręczy hamulec tylny bardzo mocno ocierał. Złapałem za korbę i próbowałem popchnąć, ale ona ani drgnęła. W tył się obracała, lecz do przodu nie chciała. Spojrzałem jeszcze raz na hamulec, chciałem go rozpiąć, nie dało się, sprawdziłem przy klamce czy nie jest dociągnięta linka, nie była. Coś w takim razie niewytłumaczalnego stało się podczas jazdy za jeep’em co spowodowało ze szczęka tylnego hamulca zakleszczyła się. Dźwięku ocierania nie było słychać, nie było czuć również uderzeń o obręcz i dlatego nie mogłem zorientować się co się dzieje. Teraz dopiero się ucieszyłem, kamień spadł mi z serca, uradowany pokazywałem to każdemu dobremu przyjacielowi. Każdy bardzo był zdziwiony, mówili mi ,że na następnym etapie to ja wygramJ Wyczyściłem rower, zaniosłem do naprawy, przesmarowałem linki i ze spokojem ducha zjadłem obiad. Karol de Winter, mój osobisty Belg, wybraliśmy się na BILLABONG!!! Co to jest? Raj na ziemii, w środku „pustyni” w skale, znajduje się dziura a w niej woda. Woda wpada do dziury z małej kaskady na rzece, woda ma koło 30 stopniu w skale a spływająca woda z kaskady ma ponad 40 stopni. Skakaliśmy do Billabong z trampoliny, wydurnialiśmy się wraz z małymi Aborygenami, którzy skakali robiąc salto w przód i w tył z wielka łatwością. Zabawa trwała przez prawie 40min, do wodnej dziury, przybyli również wolontariusze, i paru innych zawodników. Koło 1740 byliśmy na kolacji, na dekoracje zawodników spóźniliśmy się, ale nic się nie zmieniło, czesi znów wygrali, i wciąż zajmuje pierwsze 3 miejsca. Poszedłem spać o 22, i jak zwykle nie miałem problemu by zasnąć. V ETAP – Chillagoe – Chillagoe 120 km/850 m Dzisiejszy etap jest bardzo prosty. Cała trasa przebiega po jednej drodze. Jedziemy 50 km w jedna stronę, zawracamy i 50 km z powrotem. Na trasie nie da się zgubić, jest banalna technicznie, jedyne utrudnienie to duże ilości dziur kurzowych i piasku. Start ma nastąpić o godzinie 9 rano. Rozgrzewkę zacząłem ok. 25 min przed dziewiątą, a na niej miałem okazję zobaczyć pierwszego kangura(niestety nie ruszał się i leżał na poboczu), widziałem również słynne na cały Świat ROAD TRAIN. Co to jest? W dosłownym tłumaczeniu pociąg drogowy, a wygląda to taj jakby w Polsce ustawić 3 tiry jeden za drugim i połączyć je, uzyskamy 80kołowego Australijskiego giganta. Stanął wzdłuż ogrodzenia naszego campingu i był dłuższy niż ogrodzenie i mało tego zablokował nam drogę wyjazdu, musieliśmy go objechać. Spokojnie na minutę przed startem zawodnicy zaczęli się ustawiać, wystartowaliśmy planowo. Początek po asfalcie i po 2km wjechaliśmy w żwirową drogę. Droga niemalże prosta jak strzała z bardzo ubogimi urozmaiceniami rzeźby terenu, mianowicie podjazdy i zjazdy długości maksymalnie 200m, ale za to te okropne dziury z kurzem. Gdy ktoś wjechał w taką dziurę która nie była widoczna z siodełka, powstawała istna burza piaskowa, nic nie było widać na więcej niż 3 metry, co często było bardzo niebezpieczne z powodu występujących od czasu do czasu zwężeń i przejazdów przez wyschnięte creeki. Grupa po 20km podzieliła się na pierwsza, druga i odpadki. Wybrałem drugą, bo następnego dnia mieliśmy długą i męczącą trasę. Jechaliśmy szybko, prawie cały czas widzieliśmy grupę pierwszą. Minęliśmy 1 bufet, bez problemu tym razem , nie musiałem zbyt długo gonić grupy. 2 bufet znajdował się na końcu wielkiej prostej, i po raz kolejny nie zmęczyłem się zbytnio. Gdy zawróciliśmy Karen z RIDE FOR STARS była bardzo aktywna i atakowała, chciała uciec ale dwa razy nie udało się, Joanna i Tim oraz grupa jeszcze nie odpuszczała. Warto wspomnieć iż grupa była od początku za zwycięstwem Karen, która nie posiadała profesjonalnego teamu który ją holował cały czas. Przy 3 ataku Karen, gdzie zaatakowała na 20 km przed metą na podjeździe zyskała koło 100metrów nad grupą, jechała wraz z mężem, Gillem i jeszcze jednym zawodnikiem. Reszta grupy nie chciała gonić z tego względu że byśmy po prostu zepsuli jej Atak. Merida Flight Center z Timem, jego kolegami z teamu i Joanna nie byli w stanie dogonić Karen, a my najzwyczajniej nie chcieliśmy im pomóc. Nie przekraczaliśmy tylnego koła Joanny. Po chwili minęliśmy Gilla i 4 uciekiniera leżących na ziemi i krzyczących na siebie, prawdopodobnie zderzyli się i wywrócili. Cały czas słyszałem z tyłu od paru kolegów z Belgii „Wojciech, please don’t try to get them…” Poczułem się jak ktoś ważny, prosili mnie bym nie podkręcał tempa by przypadkiem nie dogonić Karen. Z uśmiechem na twarzy odpowiedziałem im by się nie martwili, też chce by Karen wygrała. I w ten sposób do ostatnich 5 km nie dawaliśmy zmian, a na 5 km przed metą znów zaczęła się dzicz. Podkręcali tempo, a ja trzymałem się z tyłu naszej małej 10 osobowej grupy. Pilnowali się, by ktoś nie uciekł zbyt wcześnie. Więc ja zdecydowałem , że zakończę ten etap na kilometr przed metą. Zacząłem stopniowo przyśpieszać, i na 300metrów przed metą byłem niemalże spokojny że wygrałem w grupie. Dojechałem na 20 miejscu, Karen na 18 z przewagą niecałej minuty. Po tym etapie pomyślałem, że jeszcze nie wszystko stracone… Pogratulowałem Karen i Christoph’owi zwycięstwa. Dzień dalej przebiegał spokojnie, z tym samym schematem : namiot, prysznic, czyszczenie i naprawa roweru, zapiski w notatniku i obiad, oraz spanie ok. 22. VI ETAP – Chillagoe - Mt.Mulgrave 138 km/800 m Ten etap jest trudny nie ze względu na długość, ani nawet piasek lecz na wysoką temperaturę oraz korugacje( tarka na drodze ). Etap długi na 124km, w większości z korugacjami i temperatura przez cały dzień oscylującą koło 42stopni Celsjusza. Wyjechaliśmy z Chilagoe o godzinie 9 rano. Przez pierwsze kilometry do 1 depotu jechaliśmy dużą grupa a zaraz za depotem grupa podzieliła się na 3 lub 4. Ja wybrałem 2 grupę. Jechaliśmy szybko, jedynie gdy wjeżdżaliśmy w obszar korugacji zwalnialiśmy. Etap był do przesady nudny, nawet podjazdów nie było, zakrętów mieliśmy zaledwie 2, jeden na 25km przed metą, a drugi na 3k przed metą. Ludzie odpadali z grupy ponieważ nie nadążali na korugacjach, nie powiem ale sam miałem z tym duże problemy. Z powodu niezwykle bolących pośladków spowodowanych obtarciami, i nieustannym trzepaniem miałem pare chwil słabości, dodatkowo pare razy spadł mi łańcuch w tym 2 razy na pierwszych 5km.Później jeszcze raz spadł łańcuch na mniej więcej 3 km przed metą, przez co zmuszony byłem do podwójnego finiszu pierw by dogonić grupkę a później by dojechać na jak najlepszej pozycji. W efekcie dojechałem na 35 pozycji ale z czasem zawodnika z 20 miejsca. Etap był gorący, męczący i bardzo nudny. Organizator zapewnił nam pyszne krewetki oraz ryby na obiad, ciastka i mnóstwo sałatek oraz pokaz zdjęć i filmów. VII ETAP – Mt. Mulgrave – Laura 148 km/1100 m Najdłuższy etap w wyścigu liczący 150km i 1100m przewyższeń. Początek górzysty i piaszczysty oraz częściowo z korugacjami aż do 100km, później przerwa koło 30km, po równych drogach i na ostanie 20 km ekstremalnie duże korugacje. Ostatnie 2km po asfalcie.Tak głosi informacja organizatora, a wyglądało to tak… Start etapu był na górce i pierwsze metry pokonywaliśmy jadąc w dół drogą wysypanym szutrem, na dnie doliny gdzie przepływała rzeka(w której dzień wcześniej wszyscy się kąpali) był wąski na szerokość ok. 3m betonowy most. Spowodował on efekt wąskiego gardła, strach niektórych zawodników że nie wjadą w most a w rzekę spowodował parę nieprzyjemnych sytuacji(wywrotka). Warto wspomnieć że w most wjeżdżaliśmy z V ok. 40km/h. Miałem szczęście jechać z przodu więc mnie ten problem nie dotyczył. Na końcu mostu znajdował się kopny piach o dł. Ok. 20m i ostry zakręt w prawo pod stromą górę. Dzięki temu grupa rozczłonkowała się, kolega jadący kolo mnie wywrócił się w połowie pasma piachu i zblokował duża część zawodników. Znalazłem się w dobrym miejscu w dobrym czasie, jechałem w pierwszej silnej grupie. Było nas kolo 25. Droga przez pierwsze 30km była zawiła i całkiem ciekawa. Liczne skręty, podjazdy i zjazdy, zwężenia i korugacje powodowały że szybko mijał czas. Minęliśmy pierwszy bufet, a ja tradycyjnie goniłem grupę. Na ok. 40km na dnie doliny gdzie znajdował się przejazd przez wyschniętą dolinę rzeki, miała miejsce wywrotka w której niemalże również bym uczestniczył. Jeden z Belgów, wjechał w piach z skręconą kierownicą i wywrócił się. Ja jechałem za nim, wyminąłem go i wjechałem w bandę(z twardego piachu), przeleciałem przez kierownicę a raczej przebiegłem bo na moje szczęście wypiąłem się w porę z pedałów i nie odniosłem żadnych ran. Zły warknąłem na niego ale jako że był to mój dobry kolega to pomogłem mu i staraliśmy się dogonić grupę, ale było to już nie możliwe. Jechaliśmy spokojnie trzymając tempo między 26 a 34km/h, czekaliśmy na kolejną grupę. Na ok. 49km dojechała do nas grupa która ku mojemu zdziwieniu składała się z zawodników bardzo dobrych którzy zajmowali podobne lub lepsze miejsca jak ja. Dołączyliśmy więc ,a jako że tempo było wysokie wydaje mi się że odrabialiśmy stratę do wcześniejszej grupy( wydaje mi się tak bo zgarnialiśmy kolejnych zawodników). Przekraczaliśmy kolejne doliny, kolejne piachy, i małe creeki, jazda byłą przyjemna aż, na 300metrów przed 2 depotem, gdzie na dnie rzeczki przebiłem dętkę – Snake. Cóż podszedłem kawałek pod górkę, wypocząłem, zmieniłem dętkę i wymieniłem bidon, pojechałem dalej. Stwierdziłem że jedna dętka nie wyeliminuje mnie z wyścigu i będę gonił dalej. Jechałem ze stałym dość wysokim tempem, dogoniłem pewnego Austriaka(który w generalce wyścig skończył chyba na 10 miejscu). Jechaliśmy razem, nikt nas nie mijał, nikogo nie mijaliśmy. Jednak tego dnia szczęście nie dopisywało mi i po raz drugi przebiłem dętkę. Teraz już nieco się zdenerwowałem, bo więc dętek już nie miałem w plecaku. Co raz bardziej odechciewało mi się jazdy, już nie zależało mi tak bardzo na miejscu, teraz chciałem po prostu w miarę szybko dojechać do mety. Wjechałem w jakąś główną drogę, szeroką i miejscami z dużą ilością piachu( och jak bardzo nienawidziłem tych odcinków), dojechałem do 3 depotu który znajdował się na 99km. Uzupełniłem, CamelbaK MULE, wziąłem bidon, dwa banany i batonika. Pojechałem już nie spiesząc się. Trasa od 2 depotu zbytnio się nie różniła, była monotonnie pomarańczowo-czerwona, z dużą ilością piasku. O piaskach organizator nic nie wspomniał a było ich naprawdę dużo co w tym upale było razem nie do zniesienia. Dojechałem do ostatniego depotu zjadłem kolejnego banana, wypiłem Red Bula i docisnąłem, ale chyba trochę za mocno bo parę minut za bufetem przebiłem po raz 3 dętkę. Tym razem już nie byłem zły, po prostu śmiałem się z mojego szczęścia. Dętki już nie miałem, chodzić mi się nie chciało więc czekałem w cieniu na kolejnego zawodnika aż pożyczy mi dętkę. W między czasie jechał samochód teamu który nie liczył się w wyścigu, zwolnili i popatrzyli się na mnie po czym pojechali dalej… Po 16 minutowym czekaniu dojechał jeden z Moozes team i pożyczył mi dętkę. Zmieniłem i pojechałem dalej, spokojnie dojechałem do Penisula developmental Road. Nazwa już świadczy sama za siebie. Droga szeroka i jak na Australię bardzo ruchliwa, z przerażeniem w oczach mijałem wielkie Trucki i Road Train jadące z naprzeciwka, wjeżdżałem później w chmurę pyłu i nic nie widząc jechałem przed siebie. Zobaczyłem tabliczkę 20km. Od tego momentu na drodze nie widziałem żadnego zakrętu, nawet takiego o 5 stopni. Idealnie płaska i prosta droga, aż do samej Laury. Dojechałem do pierwszych zabudowań a na liczniku miałem już 146km, i wiedziałem że to jeszcze 2 km do mety. Och jak długo i boleśnie ciągnęły się te dwa kilometry. Gdy wjechałem w Laura na asfalt i zobaczyłem tablicę 1km a w oddali powiewające flagi z mety ucieszyłem sięJ To już koniec najdłuższego etapu, wiedziałem również że był to również koniec mojego wyścigu, w klasyfikacji generalnej już nic nie osiągnę. Na mecie podjechałem do stanowiska z karcerem i kazałem się nim spryskać, później dołączyłem do padniętych belgów siedzących i popijających colę. Po kilkunastu minutach siedzenia spojrzałem na pulsometr i wyświetlał mi się puls 41-42 a spadał nawet do 38 – nie manipulowałem nim. Wieczorem po obiedzie sprawdziłem pocztę, dostałem maila od kapitana z rejsu. Organizują rejs z Gdynie dookoła północnego Atlantyku. Od tej chwili już nie myślałem o wyścigu, postanowiłem następny etap pojechać z grupą do wjazdu w góry czyli jakieś 80km i dalej jechać spokojnie i wypoczęcie do 9 etapu, a na nim spróbować zająć jak najlepsze miejsce. VIII ETAP – Laura – Cooktown 142 km/1050 m Niejaki Uncle Tommy wystrzelił z pistoletu by oznajmić start wyścigu. Ostatni etap w outbacku. Już od początku marzyłem o mecie – o tym żeby dojechać do morza i wypocząć nad brzegiem basenu. Przebijały się kolejne dętki i moja pozycja w klasyfikacji generalnej spadała. Ale za to jakie widoki były na trasie! Gęsty las, strome zbocza i morze. Ze szczytów gór roztaczała się piękna panorama. Widać było pierwsze osady w Australii, rafy koralowe, cudowne lasy i odległe szczyty. IX ETAP – Cooktwon – Ayton 128 km/1900 m Z początku cisnąłem ile sił w nogach. Jako, że był ostatni dzień wyścigu mogłem dać z siebie wszystko. Po 3 godzinach jazdy byłem już zmęczony. Brak picia i jedzenia dał się we znaki. Zacząłem się rozglądać w poszukiwaniu czegoś niezwykłego. Dostrzegłem w końcu dziką zwierzynę – warana, kangura, psy dingo i węże. Na mecie już wszyscy świętowali, ciesząc się, że do pokonania został tylko jeden etap. X ETAP – Ayton - Cape Triubulation 48 km/520 m Cztery razy przekraczaliśmy rzekę. Frajda z tego była ogromna. Na podjazdach większość kolarzy schodziła z roweru, a po drodze kąpaliśmy się praktycznie w każdej napotkanej rzece. Dobrze, że krokodyli nie było w pobliżu. Na bufetach zamiast izotoników podawano piwo i wino. Do tego upalne Słońce i impreza gwarantowana. Każdy miał jakieś odpały – niektórzy przygotowali się na ten etap i na ten ostatni dzień założyli specjalne stroje. Etap pokoju skutecznie wymazał z naszej pamięci wszelkie bóle z ostatnich 9 dni. W ciągu kolejnych etapów powodów do marudzenia było sporo. Przeklinało się na wszystko, powtarzając sobie w duchu, że nigdy więcej tam się nie pojedzie. Jednak im więcej dni mija od zakończenia wyścigu, tym bardziej chciałoby się tam wrócić – tym razem z jakimś wsparciem, supportem i teamem, w nadziei żeby móc pokazać, że Polacy też są w stanie wygrać ten wyścig. W tym roku Czesi pokazali, że są najlepsi. Zobaczymy, co wydarzy się za rok.
|