Gazeta wyborcza 19.11.2008
Wpisany przez Aga   
środa, 19 listopada 2008 16:31
Dojechał do mety w piekle - to tytuł wywiadu który ukazał się w Gazecie Wyborczej. Zapraszam do przeczytania. Pełna wersja wywiadu zostanie umieszczona wkrótce, póki co przedstawiam tą część która ukazała się w GW.

KOLARSTWO. Temperatury sięgające ponad 50 st. C. Wszechobecny pył i wiatr. Walka w skrajnych i wyczerpujących warunkach, a do tego presja, by jak najszybciej dojechać do mety

W morderczym wyścigu Crocodile Trophy, który jest wyzwaniem dla każdego entuzjasty ekstremalnego kolarstwa, wziął udział 20-letni student Politechniki Opolskiej Wojciech Stefaniak - jedyny reprezentant Opolszczyzny i zarazem kraju. Walka na australijskiej ziemi rozpoczęła się 21 i trwała do 30 października. Trasa usytuowana była w północno-wschodniej Australii, czyli w jej najgorętszym rejonie, a podzielona została na dziesięć etapów o łącznej długości 1200 km.
Rozmowa z kolarzem

Czy rzeczywiście ten wyścig okazał się Pana przygodą życia?
Wojciech Stefaniak: Przede wszystkim chciałem ukończyć wyścig bez strat na zdrowiu, co się udało. Jechałem z myślą, by zmieścić się może w pierwszej dwudziestce. Musiałem jednak zadowolić się 40. pozycją, chociaż w pewnym momencie byłem nawet w drugiej dziesiątce.
Spodziewałem się niezwykłych widoków, cudownych dzikich obszarów i takie też znalazłem. Widziałem piękne rzeki, widoki morza ze szczytów gór.
Poznałem wiele ciekawych osobowości, rozmawiałem z ludźmi z całego świata. Dzięki temu, iż wyścig jest dla maksymalnie 99 zawodników, panuje tu rodzinna atmosfera, co sprzyjało zawieraniu znajomości. Zaprzyjaźniłem się z kolarzami z wielu krajów.

Jak przebiegała rywalizacja?
Poziom tegorocznego Crocodile Trophy - jak twierdzili organizatorzy - był najwyższy w historii. Na czwartym etapie, pechowym dla mnie, niemalże zakończyłem wyścig. Nie poddałem się jednak i na kolejnym awansowałem na 20. pozycję. Niestety, na siódmym etapie z powodu trzykrotnie przebitych dętek spadłem ostatecznie na 40. miejsce. Chociaż sił miałem sporo, to szczęście nie do końca jednak dopisało.

Czy ktoś Panu pomagał w trakcie rajdu, a może udało się nawiązać współpracę z jakimś zawodnikiem albo grupą?
- Nie udało mi pozyskać wsparcia finansowego, żebym mógł opłacić udział, tzw. support person, która podawałaby mi bidon, rozkładała namiot po każdym etapie czy myła rower. Wydawałoby się, że wsparcie takiej osoby jest nie do końca uzasadnione, jednak przekonałem się, jak bardzo jej brak mi doskwierał. Za każdym razem, gdy dojeżdżaliśmy z grupą do bufetu, niepotrzebnie traciłem czas na szukanie swojego bidonu czy batonów energetycznych, a później musiałem nadrabiać stratę do grupy.

Czym się różnił ten wyścig od wyścigów rozgrywanych w Polsce?
- Wszystkim. Crocodile Trophy to wyścig najdłuższy dystansowo na świecie - w sumie do przejechania jest 1200 km. Ponadto rejon Queensland, w którym się odbywa, znany jest z bardzo wysokich temperatur. Trasa przebiega przez bardzo małe miejscowości, w których nie ma sklepów, barów czy hoteli. Wszystko to powoduje, że wyścig jest bardzo ciężki, zwłaszcza jeśli jedzie się samemu. Jednak warto walczyć, bo co roku któryś z zawodników startujących w Crocodile Trophy jest wyławiany przez profesjonalne teamy kolarskie.
No i zaskoczyła mnie pozytywnie rodzinna atmosfera, wszyscy w miarę możliwości służyli sobie pomocą. Nie było wrogich zachowań, jakie, niestety, w Polsce podczas większości startów spotykam.
Jak przyjmowali uczestników wyścigu tubylcy?
- Na trasie prawie nikogo nie widywaliśmy z wyjątkiem zawodników i wolontariuszy. Ci, których spotkałem przed wyścigiem i po wyścigu, byli pod wrażeniem naszych wyczynów, byli bardzo przyjaźnie nastawieni. Australijczycy doskonale wiedzą, co to Crocodile Trophy, w końcu wyścig ten odbywa się tutaj już po raz 14. Gdy słyszeli, że jestem jedynym Polakiem biorącym udział w wyścigu, zdanym na siebie, byli pełni podziwu i jednocześnie obaw, czy sobie poradzę. Przestrzegali przed dzikimi zwierzętami, wymagającymi trasami i udarem słonecznym.

Jak to wyglądało na trasie rajdu? Co z posiłkami, noclegami i wolnym czasem, jeśli taki w ogóle był?
- Na początek dnia, zawsze dwie i pół godziny przed startem, mieliśmy wielkie śniadanie, na które składały się musli, jajecznica z bekonem, kanapki oraz owoce. Obiady natomiast najczęściej zaczynały się koło godz. 17, co, niestety, nie było dobrym rozwiązaniem, bowiem wyścig kończyliśmy koło 13, a gdy jedzie się 140 km, to na mecie człowiek jest potwornie głodny. Warunki, w jakich spaliśmy, zależne były od wykupionego pakietu. Ja razem z większością zawodników spałem w namiocie. Nie korzystałem z dodatkowej usługi, jaką oferował odpłatnie organizator, i po każdym etapie sam rozkładałem i składałem swój namiot. Doszedłem w tym do perfekcji - cztery minuty mi to zajmowało. Wolny czas po kolejnych etapach spędzaliśmy, najczęściej odpoczywając, ale było to zależne od miejsca, w którym aktualnie się znajdowaliśmy. Tam, gdzie można było się kąpać, większość czasu spędzaliśmy w wodzie, uważając na krokodyle.

Przeżył Pan jakąś niespodziewaną przygodę? Niebezpieczną, mrożąca krew w żyłach czy też po prostu śmieszną?
- Na ostatnim etapie zwanym etapem pokoju czy przyjaźni zaskakiwało "szczególne przygotowanie" niektórych zawodników, np. specjalne stroje imitujące garnitur. Niektórzy jeździli z fartuchami kuchennymi, inni z nadmuchanym krokodylem na plecach. W bufecie, jedynym na tym etapie, podawane były dla odmiany piwo i wino, porozkładane były fotele. Poprzebierani wolontariusze grali na gitarach. Ten etap całkowicie zaprzeczył surowemu charakterowi tego wyścigu, czuć było atmosferę triumfu i radości, że to już końcowy etap.

Źródło: Gazeta Wyborcza Opole, Rozmawiał Łukasz Baliński, 2008-11-19