|
A teraz czas na wersję rozszerzoną wywiadu z Gazety Wyborczej. Zapraszam do lektury - zwłaszcza końcowe pytania są warte uwagi. Pozdrowienia dla Marka A. :) Wojtek : "Przede wszystkim chciałem ukończyć wyścig bez strat na zdrowiu. Jechałem z myślą by zmieścić się w pierwszej 50, 30 a może nawet 20. Wyścig ukończyłem bez szwanku, na 40 miejscu. Przez 5 etapów jechałem bardzo dobrze, i mieściłem się w pierwszej 20, ale nie dane było mi utrzymać tej pozycji, ze względu na problemy techniczne z jakimi borykałem się na trasie. Jestem jednak zadowolony. Spodziewałem się niezwykłych widoków, cudownych dzikich obszarów i takie też znalazłem. Widziałem piękne rzeki, widoki morza ze szczytów gór, tysiące gwiazd w nocy. Poznałem wiele ciekawych osobowości, rozmawiałem z ludźmi z całego świata. Dzięki temu , że wyścig jest dla maksymalnie 99 zawodników panuje tu rodzinna atmosfera co sprzyjało zawieraniu znajomości. Zaprzyjaźniłem się z Belgami, Włochem, Szwajcarami, Niemcami, Australijczykami, Hiszpanami i Amerykanami. Był to dla mnie pewnego rodzaju test, jak będę sobie radził sam w obcym kraju z dala od bliskich. Myślę, że wspomnienia z tego wyjazdu pozostaną w mojej pamięci do końca życia."
- Jak przebiegała rywalizacja? Pierwsza dziesiątka wyścigu ustaliła się już na pierwszym etapie. W wyścigu startowali zawodnicy bardzo dobrze przygotowani a poziom tegorocznego Crocodile Trophy był najwyższy w historii - tak twierdzili organizatorzy. Z Czech zjawiło się 3 mistrzów kraju, zwycięzca bardzo elitarnego wyścigu kolarstwa górskiego Salzkamergut Trophy na dystansie 209km, Mistrz Europy w 24h MTB. Z Australii przyjechał Mistrz Świata 24h MTB, Team Merida Flight Center z Australii oraz wielu innych zawodowych kolarzy szosowych jak i MTB. W wyścigu wystartował również Eric Vanderaerden który kilkanaście lat temu zwyciężył 5 etapów Tour de France, oraz zwycięzca elitarnego Paris-Roubaix. Od początku było wiadomo, kto ma największe szanse na zajęcie czołowych pozycji. Na pierwszych 3 etapach zajmowałem kolejno 33, 22 i 21 miejsce w klasyfikacji OPEN. Na 4 etapie, pechowym dla mnie, niemalże zakończyłem wyścig. Nie poddałem się jednak i na kolejnym, 5 etapie niczym feniks z popiołów wskoczyłem znowu na 20 miejsce. Szósty etap dawał jeszcze szanse na zajęcie wyższego miejsca w klasyfikacji końcowej - byłem 35 na mecie, ale z tym samym czasem co 21 zawodnik. Niestety 7 etap ostatecznie zrzucił mnie na 40 miejsce w klasyfikacji Open, z powodu 3 przebitych dętek. Na kolejnych etapach znów dętki się masowo przebijały. Chociaż sił miałem sporo, to szczęście nie do końca dopisało.
- Czy na trasie było bezpiecznie? Jak się wywiązali organizatorzy z zadania? Rola organizatorów w tym wyścigu jeśli chodzi o bezpieczeństwo ograniczyła się do oznaczenia trasy tabliczkami. Jednak nie w każdym miejscu oznaczenie było dobre, często zdarzało się, że droga rozdzielała się i brak było oznaczeń. Na zjazdach nie oznaczone były pewne szczególne przeszkody, takie jak gwałtowne skręty, wyrwy w ziemi, czy przejazdy przez kamieniste koryta rzek. Organizator zapewniał jednak opiekę medyczną, której udzielał lekarz, absolwent Harvardu, który miał przez cały wyścig ręce pełne roboty. Ciężko jest zabezpieczyć trasę liczącą 80 km a co dopiero taką, co ma 150km! Dlatego też wyścig w całości odbywał się w otwartym ruchu drogowym. W większości jednak to czy będzie bezpiecznie zależało od samych zawodników i ich zachowania na trasach. - Wiemy skądinąd iż na trasie rajdu był pan praktycznie zdany na siebie. Czy jednak ktoś pomagał w trakcie rajdu, a może udało się nawiązać współpracę z jakimś zawodnikiem, albo grupą? Faktycznie. Byłem zdany na siebie – pojechałem bez wsparcia teamu. Przed wyjazdem starałem się pozyskać wsparcie finansowe, żebym mógł opłacić udział tzw. support person, która podawałaby mi bidon, rozkładała namiot po każdym etapie, czy myła rower. Wydawałoby się, że wsparcie takiej osoby jest nie do końca uzasadnione, jednak przekonałem się jak bardzo jej brak mi doskwierał. Liczyłem tylko na siebie i za każdym razem gdy dojeżdżaliśmy z grupą do bufetu, niepotrzebnie traciłem czas na szukanie swojego bidonu czy batonów energetycznych, a później musiałem nadrabiać stratę do grupy. -Czym się różnił ten wyścig od wyścigów rozgrywanych w Polsce? Wszystkim. Crocodile Trophy to wyścig najdłuższy dystansowo na świecie – w sumie do przejechania jest 1200 km. Ponadto, rejon Queensland, w którym odbywa się wyścig znany jest z bardzo wysokich temperatur. Trasa przebiega przez bardzo małe miejscowości, w których nie ma sklepów, barów czy hoteli. Wszystko to powoduje, że wyścig jest bardzo ciężki, zwłaszcza jeśli jedzie się samemu. Jednak warto walczyć, bo co roku któryś z zawodników startujących w Crocodile Trophy jest wyławiany przez profesjonalne teamy kolarskie. Chociażby w tym roku, Ivan Rybarik, który wygrał dwa etapy został zwerbowany przez jeden ze znanych teamów australijskich, w którym jeździ Mistrz Świata 24h MTB i został w Australii. - Jak przyjmowali uczestników wyścigu mieszkańcy? Szczerze mówiąc jest to ciężkie pytanie, z tego względu że na trasie prawie nikogo nie widywaliśmy za wyjątkiem zawodników i woluntariuszy. Ci, których spotkałem przed wyścigiem i po wyścigu, byli pod wrażeniem naszych wyczynów, byli bardzo przyjaźnie nastawieni i wykazywali duże zainteresowanie całym tym przedsięwzięciem. Australijczycy doskonale wiedzą co to Crocodile Trophy, w końcu wyścig ten odbywa się w Australii już od 14 edycji. Jak słyszeli, że jestem jedynym Polakiem biorącym udział w wyścigu, zdanym na siebie, byli pełni podziwu i jednocześnie obaw, czy sobie poradzę. Przestrzegali przed dzikimi zwierzętami, wymagającymi trasami i udarem słonecznym. - Jak się żyło na trasie rajdu? (posiłki, noclegi, wolny czas) Na początek dnia, zawsze 2.5 godziny przed startem mieliśmy wielkie śniadanie (musli, jajecznica z bekonem, kanapki, owoce). Obiady natomiast najczęściej zaczynały się koło godziny 17, co niestety nie było dobrym rozwiązaniem. Najczęściej wyścig kończyliśmy koło 13, a gdy jedzie się 140 km to na mecie człowiek jest potwornie głodny. Na szczęście ratował mnie Enervit R2 – napój regeneracyjny, który skutecznie odsuwał uczucie głodu. Warunki w jakich spaliśmy zależne były od wykupionego pakietu. Ja razem z większością zawodników, spaliśmy w namiotach. Dodać należy, że nie korzystałem z dodatkowej usługi jaką oferował odpłatnie organizator i po każdym etapie sam rozkładałem i składałem swój namiot. Doszedłem w tym do perfekcji - 4 minuty zajmowało mi postawienie i złożenie namiotu. Wolny czas po kolejnych etapach spędzaliśmy najczęściej odpoczywając, ale było to zależne od miejsca gdzie aktualnie się znajdowaliśmy. Tam gdzie można było się kapać większość czasu spędzaliśmy w wodzie – uważając na krokodyle. W ostatnie dwie noce Crocodile Trophy wszyscy dyskutowali na temat wyścigu i planów na przyszłość. - Co pana zaskoczyło pozytywnie na trasie, a co negatywnie? Obiady podawane były zdecydowanie za późno. Słaba była także organizacja bufetów. W informatorach o trasie znajdowały się błędy, przez co zawodnicy nie byli przygotowani na nagłe zmiany nawierzchni. Pozytywnie zaskoczyła mnie rodzinna atmosfera panująca na wyścigu. Mechanicy rowerowi służyli pomocą. Nie było na wyścigu wrogich zachowań jakie niestety w Polsce na większości wyścigów spotykam.
- Przeżył pan może jakąś niespodziewaną przygodę? Na ostatnim 10 etapie, zwanym etapem pokoju czy przyjaźni zaskakiwało „szczególne przygotowanie” niektórych zawodników, np. specjalne stroje imitujące garnitur. Niektórzy jeździli z fartuchami kuchennymi, inni z nadmuchanym krokodylem na plecach. Na bufecie, jedynym na tym etapie, podawane było dla odmiany piwo i wino, porozkładane były fotele. Poprzebierani wolontariusze grali na gitarach. Ten etap całkowicie zaprzeczył surowemu charakterowi tego wyścigu, czuć było atmosferę triumfu i radości, że to już końcowy „honorowy” etap. - Zamierza pan wystartować jeszcze w podobnych imprezach/ zapewne jest już idea startu w przyszłym roku? Tak już o tym myślałem. Wraz z kolegą Markiem Alchimowiczem ze Złotego Stoku, który wielokrotnie wygrywał maratony z cyklu Eska Gatorade i Intel Powerade, chcieliśmy wystartować w BikeAdventure, BikeChallenge lub TransCarpatia w Polsce, oraz pojechać na TransAlp Challenge lub IronBike w Alpach. Wszystkie te imprezy to wyścigi wieloetapowe kolarstwa górskiego. Marek jest świetnym kolarzem i jestem dumny, że to właśnie mnie poprosił o towarzyszenie mu na wyścigach. Starty w Polsce potraktujemy jako przygotowanie do wyścigu w Alpach. Zarówno TransAlp jak i IronBike to zawody w Europie poważane, oba mają po 8 etapów, i dystans łączny każdego z nich to około 800 km i 22 km przewyższenia. Jednak nic nie uda się osiągnąć bez wsparcia sponsorów. Rozpoczniemy poszukiwania sponsorów od nowego roku i mam nadzieję, że tym razem będzie łatwiej. - Jakie plany na przyszłość ? Na pewno chciałbym związać moje życie ze sportem. Zdobywałem odpowiednie uprawnienia z żeglarstwa, snowboardu, nurkowania. Również mój kierunek studiów obrałem z myślą o tym, by mieć kontakt z sportowcami. W najbliższym czasie razem z moją dziewczyną Agnieszką zajmiemy się także przygotowywaniem wystawy zdjęć, którą chcielibyśmy pokazać w opolskim kinie, filharmonii oraz teatrze. Będziemy także przygotowywać spotkanie, na którym zaprezentujemy profesjonalny film z wyścigu, mój rower i strój kolarski, w którym wystąpiłem na Crocodile Trophy. O terminie takiego spotkania będziemy na bieżąco informować na naszej stronie internetowej www.crocodyl.pl
|